czwartek, 21 lutego 2013

Od Daniela

Kolejna godzina, kolejna droga ucieczki, która i tak kończy się za wcześnie. Sam, jeden na tym wielkim świecie... Nikt nie pomoże, nie pocieszy. Stanąłem na rozstaju dróg. Usiadłem i zapłakałem. W tym świecie nigdy nie miałem nikogo... Nikogo kto by mnie polubił. Rodzeństwo mnie nienawidziło... Ojciec też. Matka z resztą tak samo. Ponoć miałem się urodzić waderą, no ale cóż. Ale nie nienawidzili mnie za to. Oni nienawidzili mnie za to, że jestem taką ślamazarą. Nigdy nie mogli tego znieść u swoich sąsiadów... Ani u mnie... Uciekłem od nich. Pobiegłem do mojej ciotki... Przynajmniej ona mnie akceptowała i... kochała. Czułem jakby była moją prawdziwą matką. Niestety kiedyś przyszedł taki dzień, że znaleźli nas ludzie... Swoimi narzędziami zwalili drzewo. Stałem pod nim. Gdy zobaczyłem że się na mnie wali, zabrakło mi siły w łapach. Ciotka popchnęła mnie, tak że upadłem na brzuch obok walącego się drzewa. Ona nie zdołała uciec. Drzewo runęło na nią. Teraz błąkam się po tych lasach... Trafiłem na jakiegoś basiora. Podszedłem do niego ostrożnie, wciąż chowając się za drzewami.
-Spokojnie, mały-powiedział. Wyszedłem powoli zza drzewa-Jak masz na imię?
-j-jestem Daniel... A pan?-spytałem.
-Jaki pan-zaśmiał się-mów mi Nathaniel.
-O... Okej...
-Nie jesteś w jakiejś watasze?
-nie...-spojrzałem do tyłu.
-To może chcesz dołączyć do takiej jednej?
-Mogę?-spytałem z niedowierzaniem.
-Pewnie!
Poszedłem za nim.

<<Nathaniel?>>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz